Strona Główna O nas Kronika foto Linki Kontakt 20.09.2020 18:23
Nawigacja
TERRANIE CZYNNIE TERRAJĄCY
Izabela Zubko
Mariola Roman
Dariusz Rączka
Leokadia Michalak
Roman Michalak
Joanna Mioduchowska
Agata Kyzioł
Andrzej Kubiak
Tadeusz Knyziak
Joanna Jankowska
Joanna Iwanicka
Aldona Homziuk
Jarosław Dłużniak
Piotr Chróściak
Danuta Bartoszuk


TERRANIE W STANIE ZAWIESZENIA
Elżbieta Kurczyńska-Sołowiej
Zofia Marks
Zbigniew Kurzyński
Ludwik Wambutt


TERRANIE, KTÓRZY ODESZLI
Ś.p. Barbara Szafrańska
Ś.p. Andrzej Bonifacy Fudali
Online
Gości Online: 2
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 1
Nieaktywowany Użytkownik: 0
Najnowszy Użytkownik: Oxyvia
Ś.p. Andrzej Bonifacy Fudali


Urodził się 5 czerwca 1950, zmarł w lipcu 2015.
Na "Naszej Klasie" napisał o sobie:

Żonaty, ciągle pierwszy raz od 1985 roku, bezdzietny. Własna firma "fagri" (2-osobowa spółka), różne instalacje z kablami grzewczymi.
Szkoły:
Podstawowa nr 82 w Wawie,
Technikum Mechaniczno – Elektryczne Konarskiego na Okopowej w Wa-wie,
trzy lata na Mechanice Precyzyjnej PW,
absolutorium (czyli bez dyplomu, ale nie liczy się bo zaocznie) z Automatyki na Elektryce PW.
Praca:
1978-1985 Dział Konserwacji Elektronicznej w Zakładach Wklęsłodrukowych „Prasa-Książka-Ruch” na Okopowej,
1985-1990 Instytut Mechaniki Precyzyjnej w Wa-wie.
Potem było rozmaicie.
Od 2005 coś mi odbiło i zacząłem trochę pisać (wiersze i opowiadania) pod nickiem bonifacio.
Od kwietnia 2010 należę do II Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Autorów Polskich.

Boni na zawsze pozostanie w naszej pamięci.





A oto kilka utworów Bonifacia:

rozum i poezja

szukam w szufladach umysłu
cielesności słów
dotykam obmacuję
badam twardość miękkość
i temperaturę
liżę i smakuję
strumienie skojarzeń
sprawdzam lepkość
rozciągliwość
testuję warunki brzegowe
granicy spójności

a serce namolnie
powtarza swoje
przejmuje kontrolę



ŻYWOTY UŁOMNE

Mieczysław

Miał piętnaście lat, był silny i zdrowy, w sam raz do przymusowych robót. Żeby nie tracił czasu, kazano mu spać na stanowisku pracy. W trawiarni na pomoście nad kadzią z kwasami. Gdy powietrze prawie zżarło mu krtań i przełyk, uciekł, bo widział jak umierali inni. Dziecięce zabawy nie poszły na marne, umiał ukrywać się i uciekać.
Do Jarosławia wpadł tylko na chwilę, przywitać się i pożegnać z mamą, tak by nikt z sąsiadów nie zauważył. Braci nie było.
Poszedł do lasu. Na listę oddziału wpisywano tylko tych, którzy mieli broń palną. Nie miał. Można ją było albo zdobyć, albo wziąć po poległych. Był słaby, kaszlał i często miewał mdłości. Zdrowsi i starsi mieli pierwszeństwo.
Potem przyszli ruscy.
Jego oddział rozbili w 1947. Dowódca rozkazał rozproszyć się i uciekać na własną rękę. Miał szczęście, ciągle nie miał broni. Do Jarosławia wpadł tylko na chwilę.
W Kołobrzegu kazano mu zająć jakąś pustą willę po Niemcach. Kaszlał mniej i rzadziej miewał mdłości. Teraz miał broń i amunicję. Jaką chciał i ile chciał.
Gdy upewnił się, że go nie szukają, zaprosił mamę. Przytłaczała ją ilość i wielkość pokoi. Nie mogła znieść nieustannego szumu morza i twardego szmeru kaszubskiej mowy. Boleśnie tęskniła do wschodniego zaśpiewu i swojego Jarosławia. Zostawił willę i wrócił z mamą do lichej drewnianej jednoizbowej chatki.
Do domu.

Stanisław

Szedł powoli stukając drewniakami po jarosławskim bruku. Wracał. Naprzeciwko zobaczył kondukt pogrzebowy. Rozdrażnił go napuszony patos towarzyszący trupowi w trumnie. Pewnie był odświętnie odziany w najlepsze ubranie. To go rozśmieszyło. Spuścił głowę i przeszedł na drugą stronę. Nie zrozumieliby.
Braci nie było. Mama uraczyła go gorącym rosołem. Ciekawe jak zdobyła kurę? Zebrał wszystkie tłuste oczka i odłożył na osobny talerz. Jadł powoli, chyba już mógł. Pamiętał jak inni umierali w konwulsjach po pierwszym od lat obfitym posiłku. Na środku czoła miał okrągłą wklęsłą bliznę. Wyglądałby jak Zagłoba, gdyby nie był tak przeraźliwie chudy. Powiedział, że na samym początku kapo uderzył go pejczem z ołowianą kulką na końcu. Miał szczęście, bo lekko. Gdy pytała, jak tam było, milczał. Czasami odwracał się, odchodził, chował twarz.
Naszykowała mu spanie, najlepszy siennik, największą pierzynę, najbardziej miękką poduszkę. Nie mógł usnąć, było mu za gorąco i za miękko. Zatęsknił za drewnianym klockiem z owalnym wgłębieniem pośrodku, do połysku wyszlifowanym głową. Gdy uznał, że już zasnęła, ostrożnie wstał z łóżka i położył się w samej piżamie na drewnianej podłodze. Wreszcie mógł usnąć.
Spokojnie, bez strachu.

Jadwiga

Po raz pierwszy miała iść do szkoły. Wszystko było przygotowane, nowe sandały, sukienka, teczka, zeszyty, elementarz, drewniany piórnik z ołówkiem, gumką i drewnianą obsadką ze stalówką.
Długo nie mogła usnąć. Obudziła się kwadrans przed piątą, patrzyła na równo złożoną nową sukienkę i zapakowaną teczkę.
Nie poszła do szkoły przez najbliższe sześć lat.

Gdy Niemcy wyszli z Warszawy, mama zabrała ją do Śródmieścia. Nie mogła jej samej zostawić. Tata jeszcze nie wrócił z wyprawy pod Tarczyn. Po żywność. Gdy wreszcie doszły, mama zaczęła odwracać trupy. Najpierw chaotycznie, niespokojnie, szlochając, odskakując od niektórych przerażona. Potem systematycznie, beznamiętnie, sama jak trup wśród trupów. Niekiedy jakby ożywała na krótko. Do czasu spojrzenia w kolejną twarz.
- Jadzia! Pomóż mi wreszcie, przecież widzisz, że nie daję rady.
Nie były same. Któregoś dnia już wszystkie trupy leżały twarzami do góry. Tak było łatwiej. Niektóre odarto z ubrań, przenicowano im kieszenie.
Wujka Janka nie znalazły.

Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Shoutbox
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

Brak postów.
Powered by PHP-Fusion © 2003-2006 Brasil-Fusion Theme by: IceWasp 807,539 Unikalnych wizyt

Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie | fashionideas.icu